UltraKotlina – bieg czterech różnych klimatów.

UltraKotlina – bieg czterech różnych klimatów.

Ach znów Karkonosze:) Coś mnie ciągnie w te strony. Po UltraChojniku, Trzech Śnieżkach teraz UltraKotlina. Od kiedy dowiedziałam się o tym biegu – chciałem w nim wytarować. Powodów było kilka. Pierwszy to fakt, iż można przebiec całe pasmo Karkonoszy, od Jakuszyc do Okraju. Drugi to obiegniecie górami kotliny Jeleniej Góry, a trzeci to możliwość zobaczenia aż czterech różnych pasm górskich w jednym biegu. Ta ostatnia kwestia była najciekawsza i podzieliła bieg na cztery różniące się od siebie etapy.

Do Szklarskiej Porębu przybyliśmy całą ekipą (jak to ostatnio zwykle bywa, kiedy ja biegam, Sylwia z chłopakami zwiedza, bądź relaksuje się w hotelowym basenie). tym razem było tak samo. To znaczy inaczej wyglądał start. Ponieważ był o 6 rano – moja ekipa wspierająca zaproponowała, że podwiezie mnie na start do Jakuszyc. Co było nie lada wyzwaniem – przecież to środek nocy.  Ale chłopaki wstali wzorowo i wszyscy pojechaliśmy na start. Ja, chyba trochę z rozpędu, nie bardzo myśląc o dystansie stanąłem na starcie i nie specjalnie wierząc co może się za chwile stać – po prostu zacząłem biec (za innymi). Światła czołówek i tylne czerwone lamki nie wróżyły niczego dobrego. Na pierwszym kilometrze doszło do mnie, że słowa organizatora przed startem to prawda. Dystans UltraKotlina 130 ma około 137km. Delikatne zmiany w trasie – w sumie co to za różnica (7km w tą czy we wtą). Jadę z tym dystansem…

Początek i pierwszy etap biegu to Karkonosze. Początkowo ciemno i dość mokro. W górę i w dół, kamienie i korzenie, pełno wody – kurde nie fajnie byłoby już teraz wpaść do jakiegoś bajora. Bieg na Szrenicę, z powodu zmiany trasy poprowadzony był przez Przedział a potem przebiegaliśmy obok wodospadu Kamieńczyka. Wtedy już było jasno. Nie bardzo wiedziałem gdzie jestem – ale Kamieńczyk wydał mi się znajomy. W styczniu ski-tourowaliśmy tamtędy z Rafałem. Sceneria o niebo inna… Wtedy na kacu po wieczornym piwie, teraz świeży ale wystraszony dystansem do pokonania. Szrenica to był pierwszy punkt orientacyjny a zarazem początek grani Karkonoszy. Gdy się rozwidniało dostałem nieco energii, ale w dalszym ciągu myślałem o warunkach na grani. Czy nie przemarznę? Wiało jak cholera, miejscami nawet do 100km/h. Nie maiłem ciepłych ubrań, tylko ultra-lekką kurtkę wiatrową. To był mały błąd. Wybrałem kurtkę bez kaptura. Ratowałem zmarzniętą głowę buffem. Pomógł, nie było tak zimno, przede wszystkim nie wiało w uszy. Zaraz za Szrenicą (około 14go kilometra) wiało już potężnie. Wtedy też zaczął się prawdziwy bieg. Było trochę pod górkę i trochę z górki. Wielki Szyszak, którego kiedyś mijałem wspinając się na Szrenicę od strony czeskiej (bez szklaku) wyznaczał mi drogę w kierunku Śnieżnych Kotłów. W głowie miałem PK1 (pierwszy paśnik), który znajdował się na przełęczy Karkonoskiej tuż obok Szpindlerowej Boudy (20km trasy). Ale zanim PK1, trasa wiodła granią przez Śnieżne Kotły oraz Polskie i Czeskie Kamienie. Dobrze znałem ten szlak. Piękne widoki szybko przemieszczających się chmur powodowały, że kamera sama chciała filmować. Szczególnie dobieg do Śnieżnych Kotłów w blasku wschodzącego słońca (zobaczycie na filmie) był magiczny.

Do PK1 dobiegliśmy w grupie kilkuosobowej.  Tzn dystans dzielący nas był na tyle niewielki, że się widzieliśmy. To jeden z nielicznych punktów gdzie było kilkunastu startujących w zakresie mojej widoczności. Generalnie na tym dystansie wystartowało siedemdziesiąt parę osób – to niewiele. Z PK1, obok Odrodzenia, ruszyliśmy Drogą Przyjaźni Polsko-Czeskiej w kierunku Śnieżki. Ten szlak trawersuje grań od północnej strony, więc tam mniej wiało. Dobrze mi się biegło, wiedziałem, że niedługo będą Słoneczniki, a potem piękny widok w dół na Samotnie i dalej na charakterystyczny szczyt Śnieżki. Nie byłem zmęczony – bardzo dużo biegłem, praktycznie cały czas do samego Domu Śląskiego. Wiadomo, wspinanie na kopiec Śnieżki był wyzwaniem. Tego nie planowałem podbiegać. Na podejściu tak wiało, że oberwało mi numer startowy. W ostatniej chwili złapałem go gdy wisiał na ostatniej agrafce. Wspinając się, próbowałem policzyć ile razy w tym roku byłem na tym szczycie. Wyszło mi z matematyki, że chyba już 5 i teraz będzie 6ty:) O rany, ciekawe, kto z lokalesów był tyle razy na Śnieżce w jednym roku. Równo 30km wybił na szczycie Śnieżki. Zbieg ze szczytu to woda na mój młyn – lubię to:)Po drodze mijałem fotografów – mam fajne zdjęcia:) Dzięki.

Teraz do Przełęczy Kowarskiej (PK 2) było 10km super zbiegu. Ten szlak także dobrze znałem – przynajmniej do Jelenki (czeskiego schroniska na wschód od Śnieżki). Na tym odcinku spotkaliśmy już wielu turystów. Poniżej grani pogoda była świetna. Pełne słońce i delikatny wiaterek (w porównaniu wichury na grani). Mega pogoda na spacery. Biegliśmy pod prąd wspinających się turystów. Na Okraju, pełne parkingi samochodów. Właśnie wtedy pierwsza część trasy właśnie się zakończyła. Trzeba było, jeszcze dobiec do PK2 – ale Karkonosze zostały pokonane.

Drugi etap pt: „Rudawy Janowickie” rozpoczął się kolejnym paśnikiem. Niewiele tu zabawiłem (max 5min) i pobiegłem w liściaste, żółte lasy na wschód od Jeleniej Góry. W tym momencie „peleton” rozrzedził się już całkowicie. W moich okolicach miałem dwóch biegaczy, którzy lekko zostali na punkcie. Teraz trasa była dość mocno interwałowa. Od razu na pierwszym zbiegu „dostałem” kolejną mega fotkę:)

Czułem się dobrze, nie było kryzysów. To już 50km trasy – szczyt Skalnik, potem ciekawa kopalnia dolomitu – super miejsca na rower. Krajobraz był już mocno jesienny. Piękne kolory liści, jeszcze na drzewach, a nie na ziemi powodowały, że trasa była i bardzo piękna i niezbyt śliska:)  . Zdjąłem kurtkę. Było już bardzo ciepło. Ja tak mam, że jak nie biegnę w kurtce (a powinienem) to zimno znoszę dość dobrze, natomiast gdy już założę kurtkę a potem się ociepli – trudno mi się z nią rozstać. Teraz zdjąłem, bo chyba było z 18 st.C. W Rudawach jest mnóstwo ciekawych miejsc, a to wielkie głazy, a to ruiny zamku – ciągle coś. Oczy się nie nudziły. Do PK3 w Janowicach Wielkich (60km) dotarłem po 6h30min wyprawy. Tam był przepak i duży paśnik z ciepłą zupą pomidorową. Ale smakowała… Wciągnąłem dwie miski. Było to późne śniadanie, bo rano, przed startem, zjadłem tylko odrobinę. W Janowicach na punkcie wielka impreza – szacun dla ekipy z UltraChojnika 🙂 bo chyba oni rozkręcali tą „dyskotekę”. Janowice Wielkie leżą bardzo blisko Miedzianki – to mój ulubiony lokalny browar. Cóż to była za pokusa aby tam się udać tym bardziej, że teraz miał się zacząć ten trudniejszy etap. Do Radomierza (jeszcze w Rudawach) a potem już w Góry Kaczawskie. Ostatnie kilometry po Rudawach Janowickich były mniej leśne ale także urokliwe. Faktycznie zaczął się trudniejszy moment. Moje zmęczenie już było na poziomie „biegu ultra”. Coś tam bolało ale bez przesady.

Trzeci etap „Góry Kaczawskie” rozpoczął się długim, średnio nachylonym podejścio-podbiegiem po asfalcie. Wijąca się jak rzeka – droga nie miała końca. Pola, lasy wokoło miejscowości Komarno, gdzie było lekkie zamieszanie z trasą. W sumie to nie wiem czy dobrze ten fragment pokonałem – nie zbłądziłem, ale musiałem sforsować jakieś prywatne pole:). Dalej polami do Łysej Góry (81km) gdzie był  PK4. Ten fragment trasy ciągnął mi się strasznie. Ale dotrwałem. Chyba miałem pierwszy kryzys. Na tym odcinku też wyprzedzało mnie kilka osób (nie tylko ze sztafety). Sztafeciarze przejęli pałeczkę w Janowicach  i grzali mocno do przodu. W końcu dotarłem do kolejnego paśnika. Usiadłem i obserwowałem ciekawą rzecz. Jeden z zawodników, który dobiegł zaraz za mną oznajmił, że kończy występ. Jest to 80km i już mu starczy. Powiedział, że ma transport do Szklarskiej i zaraz napije się piwka. Usłyszawszy to drugi zawodnik skusił się na podwózkę do Szklarskiej i także zakończył. Chwile o tym rozmawiali co za skutkowało rezygnacją kolejnego zawodnika:). Wtedy pomyślałem, że czas stąd uciekać bo jeszcze mnie to dopadnie. Ale nie – byłem zbyt zdeterminowany i dość dobrze się czułem. Nie wiem czy to dwa maratony i szybki półmaraton w okresie 40dni przed tym startem tak mnie umocnił. Na prawdę było git. Po obiegnięciu Łysej Góry ruszyłem do punktu trasy, który był najdalej wysunięty na północ. Okole i okolice. Tam to dopiero był labirynt. W prawo, w lewo – gdyby nie zachodzące słońce straciłbym orientacje, w którą stronę biegnę. Gdy dotarłem do Okola, chwile zatrzymałem się aby obejrzeć i sfilmować Karkonosze o zachodzie słońca. Wtedy przypomniałem sobie jak, o wschodzie biegłem granią i patrzyłem na Góry Kaczawskie (mniej więcej w punkt, w którym obecnie się znajdowałem) myśląc – kiedy tam dotrę… Teraz był zachód słońca a ja sięgałem po czołówkę. Robiło się ciemno. Na zbiegu z Okola (lub Okołu) musiałem już przyświecić. Było był dość trudny,  zmierzch powodował, że nieprzyzwyczajone oczy widziały wszystko tylko nie trasę. Nie zgubiłem się tylko przez dwustu procentowe skupienie. Obiegłem okolice Chrośnicy (najdalej wysunięty punkt na północ trasy) i wtedy zrobiło się już całkiem ciemno. Następny punkt czyli Góra Szybowcowa musiała jeszcze na mnie chwilę poczekać. Na zegarku była już godz 19ta  (13ta godzina biegu) a ja miałem do mety jeszcze ponad 45km biegu. Biegu w nocy. Ciągle myślałem o zegarku – czy bateria da radę? Maiłem oczywiście powerbank i kabel, ale na ładowanie nie chciałem tracić czasu (nawet na punktach). Doładowywałem więc suunciaka po kilka procent tylko w paśnikach. Teraz dopiero zaczynała się zabawa. Do Szybocowej musiałem pokonać jeszcze jedną górkę po drodze. Nie wiem jak się nazywała, czy w ogóle miała jakąś nazwę. Nawet specjalnie jej nie widziałem, było ciemno. Na tym odcinku trasy mijałem się z dwoma zawodnikami i zawodniczką z dystansu 130 oraz jedną ze sztafety. Dziewczyny cisnęły dość mocno. Wtedy nawet mnie wyprzedziły. Na Szybowcową – górę, którą widać z okien mieszkania cioci i wujka dotarłem niespodziewanie. Biegnąc myślałem, że to jeszcze nie ten moment – a tu taka miła niespodzianka. Przy zabudowaniach aeroklubu z Jeżowa Sudeckiego rozstawiony był kolejny bufet. Chwilę usiadłem. Nie był to długi odpoczynek (wydłużałem go aby zegarek się trochę podładował). Czułem, że track w zegarku w nocy bardzio mi się przyda. Trasa teraz wiodła w dół, do najniższego punktu w całym biegu. Najpierw nudny kawałek w Jeżowie Sudeckim a potem Perła Południa i kładka na rzece Bóbr. Zupełna noc – ciekawe tereny w okolicach Jeleniej Góry, tam miałem delikatną wpadkę z trasą. Niewielką może 200m. Generalnie w całym biegu – pomyłkami nadrobiłem może z 500/600 metrów. Po przekroczeniu Bobra – ciekawostka, przebiegałem przez restauracje (jej dziedziniec) a tam wesele na całego:) ktoś mnie zapytał – co to za bieg, odpowiedziałem krótko: „UltraKotlina”. Nie wiem czy wiedział o czy mowie. Odpowiedział: „ahaa”. Taki to krótki dialog sobie strzeliliśmy. Dobiegając do kolejnego punktu PK6 (przedostatniego) zaczęło delikatnie padać. A może to jeszcze nie wtedy? Może deszcz spotkałem przed PK7? Paśnik usytuowany był na podwórzu jakiegoś domu, znów była ciepła pomidorowa. Zjadłem choć już nie z takim smakiem. Oczywiście zupa smakowała, ale żołądek już delikatnie się skurczył. Do mety pozostało niespełna 30km. Na punkcie spotkałem 5tkę zawodników. Jedni byli i pobiegli, inni przybiegli… i też pobiegli:). Nie przejmowałem się zbytnio. Kilku z nich wyruszyło przede mną. Czułem, że mam power i, że ich dogonię. Tak było. Jak najszybciej chciałem dotrzeć do Górzyńca (PK7) – który znajdował się już w Górach Izerskich. Teraz trasa mi się dłużyła. Ładowałem zegarek – wiedziałem, że jest mi potrzebny. Małe pomyłki trasy były tak małe bo patrzyłem na tracka w zegarku. Gdyby nie on – zdecydowanie błądzenie byłoby większe.  Trasa od Góry Szybowcowej do granicy Gór Izerskich była dość płaska. Nie całkiem, ale dość… Był to zarazem najbardziej kręty fragment trasy. Polne ścieżki, na rympał, przez trawy nie były łatwymi do nawigowania. Tym bardziej, że odchodziły od szerokich polnych dróg. Łatwo było popędzić drogą, omijając jakiś skręt w pole:).

Ostatni – czwarty etap to Góry Izerskie. Tak, tego chciałem. To ostatnie pasmo do zwiedzania i ostatnia wyrypa na trasie. Izery zaczęły się już na wysokości Piechowic. W tych okolicach machnąłem się (z trasą) jeszcze 2 razy:) Finalnie dotarłem do ostatniego paśnika w Górzyńcu. Tam lekko zaczęło padać. Jakim cudem – przecież pogoda miała być „sztos”. Na szczęście był to tylko niewielki i chwilowy deszczyk, ale spowodował, że na ostatnim punkcie PK7 nie zabawiłem zbyt długo. Ostatnie ładowanie zegarka – dosłownie +5% i pozostało mi 15 kilometrów do mety. Dziesięć kilometrów do góry i ostatnie pięć w dół. Trochę się bałem tej wyrypy. Najpierw Biały Kamień (chyba tak to się nazywa), przed którym znajdował się ukryty punkt kontrolny UPK. Było takich na trasie aż trzy. W trzech różnych miejscach organizator zainstalował „policje”, która pilnowała, czy komuś nie przyszło do głowy skrócić trasy. Zaczęła się ostatnia wspinaczka. Byłem mentalnie na nią przygotowany. Minąłem „Zakręt Śmierci” powyżej Szklarskiej Poręby i do celu miałem jeszcze tylko wdrapać się na Wysoki Kamień a potem na Kopalnie Stanisław. To co nie udało mi się jeszcze na biegówkach w zimie – teraz było do zrobienia. Dziesięciokilometrowa wyrypa przeszła ekspresem. Ja chyba tak mam, że jak zbliża się końcówka to mam więcej energii. Noc była gwieździsta – chyba byłem już powyżej mgieł, biegłem tak, że nie zorientowałem się kiedy minąłem kopalnie. Zacząłem zbiegać…. Na dość długiej prostej obejrzałem się do tyłu i zobaczyłem 3 czołówki. Trzech zawodników mnie goniło. Przycisnąłem. Wtedy już liczyło się miejsce. Wiedziałem, ze jestem na 13 lub 14tej pozycji. Nie chciałem, w końcówce biegu, spaść niżej. Zbiegać potrafię i lubię, czuję zmęczenie ale nie mam kryzysu. Po dotarciu do asfaltu, który znałem. Z Rafałem i Marzeną (którzy pokazali mi Izery) jeździłem tam rowerem a także biegałem na nartach. To był już finisz. Cztery kilometry zbiegu z tempem 6:40 to dopiero jest speed… (ło matko). Ale wtedy myślałem, że naprawdę szybko biegnę. Na ostatnich metrach przed Polaną Jakuszycką jeszcze raz się odwróciłem (drugi i ostatni podczas całego biegu) – nie było nikogo. Utrzymałem pozycje. Jak się okazało 13tą – szczęśliwą. W dodatku był już 13 października. Mega zadowolony, z czasem 21h 47min odebrałem drewniany medal i…. usiadłem:)…

Co to był za bieg? w kilku słowach?: długi, bez większych kryzysów, z lekkimi odciskami, malowniczą trasą i co najważniejsze: ukończony na dobrej pozycji w dobrym zdrowiu. Z mety w Jakuszycach zabrała mnie Sylwia – dzięki Kochanie 🙂

 

… i oczywiście krótki film. Zapraszam do obejrzenia 🙂

Możesz również polubić…

2 komentarze

  1. Andrzej pisze:

    Jak zwykle świetna relacja ,jeszcze raz gratulacje

  2. Sylwek pisze:

    Szacun za bieg i wynik ale również za profesjonalny live reportaż ze świetną obsadą pierwszoplanową i super muzą w tle. Nie wiem czy Oscar się nie nalezy też za 2-planową rolę, świetnie uwypuklona na zdjęciach … WIATR.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *