U Zbója w gościnie… czyli Zimowy Janosik 2020

U Zbója w gościnie… czyli Zimowy Janosik 2020

Jak miło było powrócić w Spisz. Po niewątpliwie jednym z najfajniejszych polskich biegów górskich Ultra Janosiku, którego (z Arkiem) doświadczaliśmy w 2017r. z wielką przyjemnością wróciliśmy do Niedzicy na zimową wersję. Gwarantem dobrej imprezy jest oczywiście org Sławek, który obecnie organizuje chyba z 6 lub 7 różnych ciekawych biegów ultra. Zimowy Janosik to skrócona wersja Ultra Janosika. Bieg zaczyna się tam gdzie letnia wersja zbiegała z Tatr. Jasnym jest to, że zimowy bieg po tatrzańskiej trasie najdłuższego letniego dystansu zwanego „Legendą” byłaby niemożliwa. Start najdłuższego zimowego dystansu zwanego „Spacer Murgrabiego” zlokalizowany był u podnóża Tatr Bielskich w słowackiej mieścinie Zdziar. Pamiętam jak nieźle byłem urobiony gdy latem dobiegłem do paśnika mieszczącego się w Zdziarze:) Tym razem w białej scenerii – zaczynaliśmy prawie w tym samym miejscu. Na start z Niedzicy gdzie była meta biegu organizatorzy dowieźli nas autobusami. Hint dla Was, miejsc noclegowych w bliskich okolicach Niedzicy jest stosunkowo niewiele – wiec polecam dość szybko ogarnąć spanie. Oczywiście zawsze można spać trochę dalej – ale jak ktoś chciałby spacerem dotrzeć w okolice startu – musi nocleg zarezerwować tuż po informacji o dacie biegu.

Start w Zdziarze u podnóża stacji narciarskiej BachledaSKI w tym roku był zimowy, śnieżny – nie było to pewne gdyż sezon zimowy w tym roku bardziej przypomina jesień lub wczesną wiosnę.  Nie trwało długo zanim Sławek dał sygnał do startu. Początek lekko pod górę, później trochę mocniej po to aby się wdrapać na szczyt stoku narciarskiego i wbiec na drewniany chodnik „Chodník korunami stromov” czyli, tłumacząc na nasze „Spacer w koronach Drzew”. Jest to super atrakcja nie tylko dla dorosłych. Wbiegliśmy na szczyt okrągłej wieży, tam szybkie zdjęcie i w dół tą samą drogą. Widoki przepiękne. Tarty Bielskie oraz górujące nad nimi Tatry Wysokie to uczta dla oka. Następnie trasa biegła „granią” równolegle do Tatr. Biegliśmy przez Zdziarski Wierch, Magurkę i Palenicę. Trasa była malownicza ale bardzo śliska. Pierwszy raz pomyślałem, że mogłem zabrać raczki. Bieg drogą z której, patrząc na północ widać było wzgórza Spiszu a od południa Tatry zakończył się na Osturnianskim Sedle gdzie rozpoczął się niezły cyrk… Trasa, asfaltem w dół, parę dobrych kilometrów po lodowisku:) No żesz kurna jak ja się tam nagimnastykowałem coby sobie łba nie rozwalić… a nie było to takie proste. Łatwiej byłoby przejechać ten odcinek na łyżwach. Osoby w raczkach mijały mnie jak pociąg TGV. Nic nie widziałem. Stu procentowe skupienie i oczy wlepione w oblodzony asfalt  – tyle pamiętam. Wtedy nie widziałem gór – wtedy widziałem czubek swoich butów i jakiś metr do przodu. Cały śliski zbieg skończył się tuz przed granicą. Tutaj zaczął się podbieg do  kolejnego paśnika na Przełęczy nad Łapszanką.

W tym miejscu kilka słów na temat jedzenia na trasie. Na bufetach znajdziecie wszystko czego potrzebujecie. Różne Owoce, cukry w postaci ciastek bądź czekolady, coli, ciepłej herbaty, wody a na jednym z punktów nawet serwowano ciepły posiłek. Jak przystało na Zbója – stoły były sowicie zastawione:). Z Arkiem biegliśmy jak zwykle, raz ja z przodu raz on. Taka z nas zgrana para… Dalej trasa zmieniła delikatnie swój wygląd i przyczepność. Śniegu było zdecydowanie mniej ale błota więcej. Cała trasa do Łapszy Niżnych biegnie lasami z domieszką pól. Ten, środkowy fragment trasy jest lekko nudny, ładne widoki chwilowo się skończyły a do wisienki na torcie jeszcze kawałek. Kolejne dwa punkty czyli Łapsze Niżne i Dursztyn łączyła piękna połonina (łąka) ze szczytem Honaj. Stamtąd widać było już Żor. Tak to właśnie ta wisienka, 883mnpm. Niby niewiele ale to zacna wyrypa. Podejście stromsze niż drabina na poddasze Maryny. Znałem je z wersji letniej, nocnej. Wówczas był to prawie setny kilometr zmagań. Nic nie widziałem, nic nie wiedziałem. Nawet napisy „Zor z dupy” i wszechobecne osty mnie wtedy nie powstrzymały. Pamiętałem ten fragment, pamiętałem też, że grań ciągnąca się do samej Niedzicy nie jest taka krótka. Tym razem ten „pagórek” pokonaliśmy z Arkiem w dzień. Nie był taki straszny. Faktycznie jest on dość stromy, ale gdy nie leje i ścieżka nie zamienia sie  w rwący strumień – da się go dość sprawnie pokonać. Na szczycie znów można było podziwiać Tatry. Tym razem już z daleka. Do mety pozostało już mniej niż 10km. Ciągle biegliśmy granią, z jednej strony widzieliśmy Zalew Czorsztyński a z drugiej Spisz i wspomniane wcześniej Taterki. Na tym etapie jest dość płasko, nie ma znacznych podbiegów i zbiegów. Znów miejscami było ślisko. Arek pobiegł do przodu – ja już się trochę obijałem. Coraz bliżej do mety pojawiało się więcej śniegu. Dodatnia temperatura na nasłonecznionych polanach powodowała, że nawet buty z GoreTex’em przemokły. Sama końcówka to zbieg do Niedzicy, z tamy w dół, ale później nie jak w lecie czyli na Polane Sosny tylko bliżej – do wewnątrz Elektrowni wodnej. Meta usytuowana właśnie tam – to był mega pomysł. Umożliwiło to zwiedzenie obiektu ale przede wszystkim pozwoliło w cieple celebrować ukończenie biegu. Extra. Na metę wbiegliśmy razem i nie dlatego, że ja Arka dogoniłem tylko dlatego, że on na mnie poczekał;)

Czas i  miejsce nie były zbytnio ważne.

Co zatem było ważne? Nieątpliwie wspólny bieg i kolejna fajna przygoda. Zbójecki bieg zaliczony. Brawo Zbóje, brawo my.

…. a poniżej film, który, w zamiarze ma choć w minimalnym stopniu oddać sytuacje i atmosferę biegu.

 

Może Ci się również spodoba

1 Odpowiedź

  1. Andrzej pisze:

    Super relacja 💪.
    Czcionka ktòrą napisałeś mogła być bardziej czytelna , dot. to również wcześniejszych publikacji.💪.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *