Łemkowyna Ultra Trail (ŁUT) 2021 czyli to co się w głowie kołatało…się dopełniło

Łemkowyna Ultra Trail (ŁUT) 2021 czyli to co się w głowie kołatało…się dopełniło.

Jak w każdej relacji i tutaj napiszę oczywiście o samym trailu ale zacznę od Łemko-story czyli kilku latach myślenia o 150tce w Beskidzie Niskim.  Impreza siedziała mi w głowie, aż w 2020 roku (razem z Arkiem) wpisaliśmy się na jesienną edycje. Przygotowania w roku z covidem szły mi całkiem dobrze, ale wraz z zbliżającym się startem i ryzykiem, że impreza się nie odbędzie odpuszczałem. Faktycznie, stało się. Łemkowynę jesienną skasowano ale nie całkiem bo przeniesiono na wiosnę 2021. Oczywiście pomyślałem – nawet lepiej. Na wiosnę, cieplej, widniej i to dopiero za pół roku. Przygotowania się zakończyły, roztrenowanie się zaczęło i trwało, trwało, trwało…. Prawie do stycznia. Nie mogłem się rozkręcić. Wszystko mi mówiło, że na wiosnę nie pobiegnę… i tak się stało. Kiedy organizatorzy dali możliwość przeniesienia opłaty na jesień (czyli na zwyczajowy termin biegu) – nie wąchałem się – przeniosłem. Wiosenny start by był inny. Covidowe obostrzenia, grupy startowe etc… To wszytko nie motywowało mnie do startu. Kolejne pół roku do przepracowania brzmiało nieźle. Trenowałem dość sumiennie aż do… kontuzji kolana. W maju, niestety podczas treningu, zbiegu i ostrego hamowania naderwałem przyczepy mięśniowe (początkowo myślałem, że to ACLe) ale finalnie obyło się tylko  (naprawdę to niewielka skala problemu w stosunku do tej jaka mogła się wydarzyć) ośmioma tygodniami bez jakiegokolwiek sportu. Szczerze to myślałem, że jesienne Łemko też się poszło jeb…ć. Ale nie poszło. Zacząłem trenować i od połowy lipca sumiennie przepracowałem kilka pozostałych miesięcy. Mnie się udało – wystartowałem, Arkowi niestety nie. Kontuzja, btw, też kolana wyeliminowała go z biegania nawet krótkiego. Jak już pisałem ŁUT mieszkał w mojej głowie długo. Wielokrotnie podczas dłuższych wybiegań myślałem właśnie o pokonywaniu kolejnych kilometrów w Beskidach. Wiedziałem z czym się je 150 km. O dziwo mnie to nie straszyło – DUT (Dalmacja Ultra Trail) oraz Ultra Kotlina trochę mnie już zdążyły przyzwyczaić do dystansów > 100km.

Termin startu nastał dość szybko. Logistyka w tym wypadku miała znaczenie i Sylwia stanęła na wysokości zadania:) Była moim sztabem logistycznym oraz ewentualną ekipą ratunkową gdyby np.: kolano więcej nie chciało biec (lub cokolwiek innego). No i finalnie pożegnała mnie na starcie w Krynicy i … jeszcze nie zdradzę.

Sam bieg dla startujących 150km nie ma wielkiego EXPO w Krynicy (cała feta jest w Krośnie). W Krynicy jest tylko to co potrzeba czyli odbiór pakietów i …. tyle. Start o godz. 1:00 daje możliwość przespania się, choć akurat adrenalina startowa nie bardzo pozwala zasnąć.  Szczerze, wolałbym wystartować o np.: 20tej i skończyć wcześniej. Ale cóż – tak jest i nie ma co z tym dyskutować. Na deptaku w krynicy zjawiło się około 230 zawodników i tyleż samo kibiców. Kameralnie ale w powietrzu czuć było napięcie przedstartowe. Punktualnie o 1:00 Krzysiek wystartował bieg. I się zaczęło…

Pierwszy kilometr w Krynicy, widno od latarni, git atmosfera, żarty o kabanosach w przepakach itp…  Potem skręt w lewo i w góry. GSB czeka…. Tak, właśnie trasa Łemkowyny 150 to całe pasmo Beskidu Niskiego czyli część legendarnego GSB (Głównego Szlaku Beskidzkiego). Początek biegu miałem 'ciekawy’. Jeden kijek nie chciał się rozłożyć (taka, je…a mała kulka, blokująca całość po prostu się zakleszczyła i … dupa). Na domiar złego moja czołówka weszła w tryb błyskania i ni cholery nie wiedziałem jak go zmienić. Chwilę powalczyłem z kijkami bo czołówki współtowarzyszy i towarzyszek biegu mocno oświetlały trasę. Mimo wszytko potrzebowałem światła swojej lamplki aby dokładnie stwierdzić czemu kijek nie chce się zatrzasnąć. Chwila stresu, myśl jak pokonać trasę bez kijków i myśl „uspokój się i poskładaj wszystko do kupy w odpowiedniej kolejności”. Bez kijów da się biec ale bez czołówki nie. Pierwsze podejście było dość strome – nie biegłem, kije przypiąłem do paska, zdjąłem czołówkę i ogarnąłem przełączanie trybów.  Normalnie zaćmienie 🙂 techniczne. Udało się w 5 sec uzyskać oświetlenie i po drugim kilometrze zabrałem się za kijek. W jakiś sposób: stukaniem, grzebaniem i potrząsaniem odblokowałem zatrzask i wszystko wróciło do normy. Mimo sukcesu na polach technicznych pierwsze 20km (do PK1 – Ropki) biegło mi się kiepsko. Nie wiem czemu, może lekki stres przed dystansem mnie paraliżował a może po prostu dłużej się rozgrzewałem. W plecaku miałem zapas picia (ok 1,7l) a także kilka żeli więc w Ropkach nie spędziłem dużo czasu. Było na tyle chłodno, że od startu biegłem w lekkiej wiatrowej kurtce. Termicznie było mi dobrze. Długie leginsy, spodenki + lekka koszulka (długi rękaw) i na ta kurtka. To mój zestaw startowy. Następny punkt PK2 to Bartne, oddalony od poprzedniego o ponad 27km. Zaczęło się rozjaśniać. Wreszcie wbiegłem w swój rytm. Zacząłem cieszyć się biegiem, oglądałem co jest dookoła, bo przecież nigdy wcześniej tam nie byłem. W tym roku z uwagi na łaskawość przyrody – trasa nie była błotnista, no poza kilkoma fragmentami jak np.: słynne bagienko przed Bartnem. Z relacji poprzednich uczestników można było tam wpaść po kolana. W tym roku chyba nie było tak źle. Nie mogę powiedzieć, że przeszedłem suchą stopą ale prawie. Faktycznie trasa była sucha, co nie znaczy, że łatwiejsza. Poziomo trudności związany z możliwością zgubienia buta w otchłani błota czy obicie dupy ślizgając się na błotnej mazi zamienił się na może liści, które kilka dni wcześniej podczas mega wiatrów spadły na szlak i całkowicie przykryły nierówności terenu  powodowały, że można było obić dupę, skręcić kostkę czy doznać innych kontuzji wbiegając w koleinę czy dołek nimi zasypany. W PK2 (Bartne) już było widno. Jak zwykle punkt żywieniowy mega zorganizowany. Zjadłem 2 miski zupy pomidorowej z ryżem, napiłem się gorącej mięty, wziąłem kilka żelków i ruszyłem (no oczywiście napełniłem bukłak – na Łemko to podstawa). W tym miejscu muszę podkreślić bardzo dobrą organizacje punktów żywieniowych – to już pierwsza liga długich biegów. Każdy znajdzie coś dla siebie, a ponieważ je się oczami – to tym ważniejsze aby było różnorako i kolorowo. Owoce, kanapki, słodycze, zupa, kola, izo itd… itd…

Kolejny punkt , za kilkanaście km. Trzy razy pod górkę ale w sumie większość w dół. Ten fragment minął szybko. Było już całkiem jasno, ciepło ale na połoninach dość wietrznie. Zacząłem delikatnie się stresować butami, bo o ile początkowe przesuwanie się stopy do przodu ogarnąłem mocniejszym zasznurowaniem, to właśnie teraz zacząłem odczuwać, że sznurówki wbijają mi się w podbicie. Nie fajnie. Do przepaku jeszcze chwila a dopiero tam mogę wymienić na bardziej sprawdzone buty. Wiedziałem, że pierwsza część trasy jest bardziej błotna więc wybrałem na nią Inov Mudclaw300 z mocnym, błotnym bieżnikiem ale mniej sprawdzone na moich stopach. Na druga część wybrałem sprawdzone Brooksy PureGrit 6. W Chyrowej (PK4) czekały na mnie właśnie Brooksy. Trzeba było jednak tam jednak dolecieć. Poluzowałem sznurówki na przełęczy Hałbowskiej, uzupełniłem wodę i jakoś poszło. W tym momencie trasy zacząłem kalkulować czas końcowy. Zajmowałem myśli działaniami matematycznymi i kalkulacją. Biegło mi się dobrze, oddechowo nawet bardzo dobrze… Na tym odcinku był dość długi zbieg co w morzu liści było takie oczywiste (tzn. łatwe). Cały peleton rozciągnął się tak bardzo, że miejscami, w zasięgu wzroku nikogo nie widziałem. Bardzo mi to odpowiadało – nie wiem czemu ale nie lubię biegać w grupie. Męczy mnie to. Może z powodu podświadomego wymuszania tempa, dopasowania do innych? Nie wiem. W głowie miałem opisywaną przez uczestników poprzednich edycji Cergową (podobno najtrudniejsze podejście). Ciekaw byłem czy faktycznie to podejście mnie złamie, bo z wykresu elewacji to nie wynikało. Przecież 400 metrów do góry to nie może być straszne (dodatkowo jeszcze że to Beskidy). W pamięci jednak miałem Żor (z końcówki Janosika), który był krótszy a dawał nieźle w kość, lub Tatry gdzie nawet 800m nie było tematem.

No cóż przekonam się za jakiś czas. Najpierw trzeba do Chyrowej. Do tej pory na punktach nie spędzałem dużo czasu (max 10 min) – oszczędzałem na przepak. Tam chciałem trochę odpocząć. Beskidy w okolicach Chyrowej czy Iwonicza były w tym roku wyjątkowo suche ale wcześniejsza część spowodowała, że buty i skarpety należało zmienić. Dotarłem do przepaku w Chyrowej i zacząłem przebieranie, ładowanie zegarka i myślenie co zjeść:). Faktycznie odpocząłem i zmieniłem buty. Niestety Mudclavy lekko mnie denerwowały. A to za bardzo ściśnięte a to z słabo… Nie mogłem z nimi dojść do ładu. Zamiana na sprawdzone PureGrity poprawiła mój komfort. Po ponad 40min odpoczynku i oczywiście wciągnięciu pysznej pomidorówki (x2) ruszyłem zobaczyć tę słynną Cergową. Jedna hopka, zbieg do drogi krajowej E371 (prowadzącej do przejścia granicznego w Barwinku) i start podejścia. Wcześniej zastanawiałem się skąd dochodzi huk strzałów – teraz zobaczyłem. Podchodząc pod Cergową dobrze widziałem przeciwzbocze, którym zbiegałem – było widać tam kopalnie Lipowica, gdzie wydobywa się piaskowiec cergowski. Strzały było znów słychać ale z każdym kilometrem coraz słabiej. Podejście pod Cergową jest tylko początkowo dość strome, ale nie ma co się bać, gdyż jest dość krótkie. Potem się wypłaszacza i tak biegnie na sam szczyt gdzie możemy skorzystać z wejścia na drewnianą wieżą widokową. Szybki rzut oka na wierzę, nie, nie wchodziłem:) zacząłem zbiegać. Ale w tym momencie (ok. 90km – na podejściu, poczułem delikatnie pierwszy raz) porządny bul w lewym piszczelu. Początkowo, na podejściu myślałem, że to zwykły kurcz, następnie, że to skarpeta mnie mocno uciska pod opaską kompresyjną. Ale to nic z tych rzeczy. Po prostu przeciążenie mięśni podudzia (tzw. shin-splints). Podczas zbiegu z Cergowej ból doszedł do swojego maksimum. Podczas zbiegania gdzie mocno obciąża się pięty – ten uraz dawał się we znaki. Podczas podchodzenia/podbiegania na palcach – było znacznie lepiej. Pierwszy raz zastanawiałem się czy przypadkiem następny PK nie będzie tym ostatnim. Gdyby ból ciągle narastał pewnie by się tak stało ale postanowiłem sprawdzić czy można trochę posterować ból głową. Do punktu na 103km w Iwoniczu Zdroju było z górki. Bolało, ale tylko to jedno miejsce. Reszta mechanizmów była w całkowitym porządku. Jak na 100km w nogach czułem się wyjątkowo dobrze. Zauważyłem, że mogę tym bólem trochę sterować. Profilaktycznie wziąłem ibuprom ale wydaje mi się że nie pomógł. W Iwoniczu była meta krótszego dystansu – siadłem, pogadałem chwilę z zawodnikami, którzy kończyli. Tymi co dobiegli do mety i tymi co w tym miejscu się wycofali. Miałem trochę deja-vu z UltraKotliny. Wiedziałem, że jak zaraz nie ruszę dupska to też tam zostanę. Zjadłem przygotowane na bufecie kanapki i ruszyłem. Od tego momentu zaczęło się moje kolekcjonowanie kilometrów i do „do następnego punktu”. Zostały trzy punkty i znowu było ciemno. Trasa do Puław Górnych była dość asfaltowa. Na 19 km było kilka dłuższych asfaltów. Lubię nocne bieganie ale ma ono jedną poważną wadę – brak widoków. Trzeba sobie wyobrażać, gadać ze sobą, myśleć o czymś tam… tak zlatują kolejne kilometry. Nie wiem dlaczego ale na tym odcinku wyprzedziłem dość dużo biegaczy. Piszczel bolał i odpuszczał – na zmianę przypominał o sobie ale wszystko kontrolowałem. Nawet czasami zapominałem, że coś tam mnie boli. Kolejny PK w Puławach to „Super Punkt” – ciepło, mega obsługa, full jedzenia – po prostu extra. Zjadem i ruszyłem dalej.  Zostało niecałe 30 kilometrów i jeden punkt w Przybyszowie. Trasa znów stała się mokra. Moje Brooksy już nie były suche. Kilka razy wpadłem po kostki w błoto. Z wykresu elewacji wynikało, że trasa już będze dość równa, żadnych wyryp. Faktycznie było nieco inaczej. Pofalowanie terenu, fakt z mniejszą amplitudą ale z większą częstotliwością – dawało się mocno we znaki. W tym momencie wszystko co było nawet delikatnie pod górę – szedłem. Nie miałem pojęcia co jest z piszczelem i czy za chwilę nie pęknie:) Zawodników na trasie mijałem kilku, potem oni mnie dochodzili i mijali… Takie zabawy na 130km. Zbieg do Przybyszowa był dość hardocowy. Początkowo lasem, trudny techniczny singiel a końcówka po polach. Dało mi to w kość (dosłownie bo w piszczel).  Na ostatnim punkcie było ognisko i ciepła herbatka. Ekspresowo się uwinąłem. Max 5/7 min i jazda. Był to ostatni planowy punkt. Muszę tu nadmienić, że na ostatnich 40tu kilometrach były jeszcze dwa dodatkowe punkty. Mega podziękowania dla ekip, które je okupowały. Ogniska i ciepłe picie robiło robotę. Jeden z tych punktów był w wiacie przy Wilczych Budach przed Przybyszowem a drugi na ok 7km przed Komańczą. Ostatni fragment trasy to 13 kilometrów do Komańczy, najpierw lekko pod górę a potem już tylko ostatnie 10 kilometrów. Pamiętam, że już prawie byłem pewny ukończenia. Prawie, bo cały czas studziłem emocje. To na tym odcinku pierwszy raz podparłem się błota, ratując przed całkowitym wyrżnięciem w bagno. Na tym odcinku piszczel jakby bardziej bolał. Chciałem biec szybciej ale się świadomie stopowałem. Głupio byłoby zakończyć bieg na końcówce. Co 2km wysyłałem Sylwii SMS ile do końca. Wiedziałem, że już czeka na mecie. Było już po 3ciej w nocy więc wielkie dzięki mojemu najwierniejszemu kibicowi i supporterowi (w razie potrzeby) za to że poświęca dla mnie kolejną noc. Łemkowyna to bieg bez dodatkowego suportu więc plan był pożegnać się na starcie i zobaczyć ponownie na mecie. Ostatnie 2 kilometry to już asfalt w Komańczy i dobieg do miasteczka biegowego. Biegłem nie zważając na nic. Wiedziałem, że nawet pełzając dotrę do mety. I stało się, koniec. Na mecie Sylwia, medal, piwko i odpoczynek. Nieco ponad 27h w trasie poprzez Beskid Niski zakończone sukcesem. Środek stawki na mecie nie jest zły ale gdyby nie piszczel – byłoby szybciej i perfekcyjnie z punktu widzenia komfortu i zmęczenia. Wszystko inne (oprócz piszczela) działało bez szwanków. Jestem mega zadowolony. Doprowadzę mięśnie do porządku i rok 2022 będzie biegowo udany. Już to czuje. Co do samej Łemkowyny, to cóż – kurz opadł, mit trudności sprawdzony i lekko obalony. Myślałem, że będzie trudniej. Oczywiście nie jest to łatwy bieg. Może gdyby faktycznie było mokro i błotnie – kto wie jak bym wtedy śpiewał:) Na pewno wielkie gratulacje dla Organizatorów bo całość imprezy, pod każdym kątem stało na najwyższym poziomie. Profeska! Czy kiedyś wrócę? Może tak ale na krótszy dystans aby zobaczyć końcówkę trasy za dnia.

No i oczywiście muszę dodać, że po powrocie do domu – Oski i Miki przygotowali mega powitanie:) to też super kibice:)

No i tradycyjnie krótki film:)


YouTube video

SeYaa ⛰️⛰️⛰️

Może Ci się również spodoba

2 komentarze

  1. Sylwester pisze:

    Marcine, gratulacje, za piękny bieg, wynik i najlepszych dla Ciebie kibiców na świecie -> S+O+M, za super relację. A mnie po porstu duma sąsiedzka rozpiera 🙂 i jak zawsze znowu zapytam „co kolejne?, gdzie się zapisałeś? …

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *