Boston Marathon 2026 – kolejny major:)
Boston Marathon 2026 – kolejny major:)
Piąta Gwiazda: BostonBoston Marathon. 130. edycja. Piąty z sześciu World Marathon Majors. Stałem na starcie w Hopkinton i wciąż nie mogłem uwierzyć, że naprawdę tu jestem.Zacząłem od Berlina, potem Nowy Jork, Tokio, Chicago… a teraz wreszcie Boston. Zakwalifikowałem się bez większego dramatu (czesem z Maratonu Warszawskiego) i w kwietniu 2026 roku poleciałem na szybki city break – do Stanów. Piątek rankiem wystartowałem z Warszawy, a w poniedziałek po południu miałem wracać. Trzy dni, jeden maraton. Plan był inny – ale jak poleciałem sam, to zrobiłem instant trop.
Już od piątku Boston żył bieganiem. Miasto było dosłownie wyładowane maratończykami. W sobotę zaliczyłem bostoński ParkRun – Jamaica Pond. Zamiast kameralnej setki biegaczy, pojawiło się ponad siedemset osób:). Biegłem z małym plecaczkiem, który latał mi po plecach więc bez pośpiechu ale dałem radę poniżej 21 minut. rano odebrałem numer na expo, pokręciłem się po Boylston Street, gdzie czekała meta przygotowana na przywitanie finisher’ów i zrobiłem oczwiście kilka zdjęć.
Potem szybkie zwiedzanie – Harvard, spacer po centrum – i wieczorem odpoczynek. W niedzielę padał deszcz, więc większość dnia spędziłem na chillu w hotelu. Nic na siłę.
W poniedziałek, w Patriots’ Day, zaczęła się prawdziwa logistyka. Prawie 30 tysięcy biegaczy trzeba było zawieźć prawie 40 kilometrów za miasto, do Hopkinton. Autobusy, coralle, wave’y – wszystko działało jak w zegarku.
Gdy stanąłem w swoim sektorze, poczułem ogromne wzruszenie. Wiedziałem, że Boston to nie jest łatwy maraton. Nigdy nie byłem pewien, czy kiedykolwiek tu pobiegnę.
A teraz biegłem.Pierwsze kilometry – z górki. Nogi same niosły. Trasa wiła się przez małe miasteczka, a wzdłuż niej stały tłumy ludzi. Kibice w Bostonie to zupełnie inna liga – głośniejsi niż w Nowym Jorku. W Framingham, Natick, a potem Wellesley… Tam właśnie przeżyłem coś, o czym wcześniej nie czytałem – Scream Tunnel. Dziewczęcy college Wellesley. Setki dziewczyn krzyczących na całe gardło, dopingujących każdego biegacza. Energia była obłędna.
Potem przyszły Wellesley Hills i klasyczne Newton Hills. Pierwsza górka, druga, trzecia… Biegłem je mocno, z przyjemnością. Dopiero przy czwartej, tej najsłynniejszej – Heartbreak Hill – poczułem, że tempo spada. Do 28. kilometra trzymałem równe 3 godziny, ale wzgórza zrobiły swoje. Planowałem biec na luzie, bez walki o konkretny czas, więc przyjąłem to ze spokojem.
Za Heartbreak Hill trasa skręciła w stronę Bostonu. Szerokie ulice, coraz więcej ludzi, coraz większa euforia. Bacon Street, a na końcu – Boylston Street. Meta. Ta meta !. Przebiegłem pod wielkim napisem FINISH z rękami w górze. Medal na szyi, łzy w oczach. Spełnienie.
Czas: 03:06:16 – jak na spokojny start, całkiem niezły:)
Szybko ogarnąłem się w strefie finiszera, przebrałem i metrem wróciłem do hotelu. Tam czekał na mnie pokój (nie mailem rezerwacji na poniedziałek) ale pytając w niedzielę czy będę mógł rano zrobic chceckput ale zostawić plecak – pani menager powiedziała, że mogę zostać w pokoju do wieczora. „To dla nas zaszczyt gościć maratończyka w Patriots’ Day” – powiedziała. Szacun.Prysznic, spakowanie i już byłem w drodze na lotnisko.
Trzy dni, piąta gwiazda na koncie.Teraz zostaje już tylko jedna – London 2027.London, London, London…
Czas na szóstą.
Czas na szóstą.







































