Kąpiel błotna w Beskidzie Żywieckim…

Kąpiel błotna w Beskidzie Żywieckim…

Znów wydarzenie, które w moim kalendarzu znalazło nie nieprzypadkowo. O Chudym myśleliśmy z Arkiem od jakiegoś czasu, ale w tym czasie, z reguły, startowaliśmy w triathlonie w Gdyni. W tym roku nie wybraliśmy się nad morze więc mogliśmy wreszcie pobiegać w Beskidzie Żywieckim. Faktycznie Chudy Wawrzyniec był drugi na liście. Chcieliśmy pobiec BUGT ale brak szczęścia w losowaniu wytyczył nam drogę na start Chudego. Bieg owiany już pewnymi historiami, 6ta edycja, która była w tym roku potwierdziła trudy trasy. Nie wysokość n.p.m i nie przewyższenia robią tutaj robotę.Na niespełna 85 kilometrach trasy można się nieźle namęczyć. Sporo interwałowych zbiegów i podbiegów – kilka ścianek i niekończące się błoto. To ostatnie dodatkowo „doładowane” padającym deszczem. Jak dowiedzieliśmy się od organizatorów na sześć edycji, pięć było deszczowych. Ale jak dokładnie było w tym roku. Piątek upłynął pod znakiem upału (36 st C) i zbliżającemu się, od zachodu frontowi burzowemu, który miał przynieść duże opady i znaczne ochłodzenie. I całe szczęście bo wolę biegać w deszczu niż w upale. Mieszkaliśmy w Rajczy a po pakiety podjechaliśmy do Ujsoł, gdzie była strefa mety i biuro zawodów. Miejsce noclegu to strzał w dziesiątkę, bo znajdowało się 150 metrów od startu i poranne wstawanie mogliśmy maksymalnie opóźnić. Przedstartowy wieczór spędziliśmy oglądając Mistrzostwa Świata w Lekkiej, popijając piwkiem czyli raczej standardowo.

Start zaplanowany był na 4:00 i odbył się prawie punktualnie, prawie bo przejeżdżający pociąg przytrzymał nas 5 minut na starcie. Strzał startera i się zaczęło. Około 500 osób wystartowało na dwie długości tras (50+ i 80+). Początkowo nie padało, choć w oddali widać było już błyski piorunów. To przepowiadało niezłą zabawę. Pierwsza część trasy z podbiegiem na Rachowiec prowadziła asfaltem a potem wąską polną drogą. Po około 30 minutach spadły pierwsze krople deszczu. Miałem włączoną czołówkę, założyłem kurtkę deszczową i jak się okazało nie zdjąłem jej do samej mety. Po pierwszym delikatnym deszczyku przyszedł czas na pierwszą pompę. Grzmiało i błyskało się dookoła, góry spowite mgłami, chmurami co chwila rozświetlała szalejąca burza. Nawet się trochę zacząłem obawiać. W lesie spoko… ale na łąkach – niebezpiecznie. Lało jak z cebra, górskie ścieżki zmieniły się w potoki. Niezła jazda:) Nawet mi się to podobało. Wybiegając z lasu odsłaniały się piękne widoki – no i te błyski. Czad. Ponieważ to bieg bez przepaków, z dwoma bufetami, mój plecak był delikatnie cięższy niż normalnie. Wiedziałem, że butów nie zmienię, skarpetki i koszulkę ewentualnie tak – ale po co? Wszystko ciągle w błocie. Moje stare Brooksy dawały radę. Wiedziałem, że może być bagno więc nowszą wersję Brooksów zostawiłem na Janosika. Z Arkiem biegliśmy jak zwykle:), raz on kilkadziesiąt metrów z przodu (na podejściach) raz ja (na zbiegach). Pierwsze jedzenie miało być na 40tym kilometrze więc ja już na szczycie Wielkiej Raczy musiałem się wzmocnić. Nawet na stole przy schronisku ktoś zostawił Colę, więc skorzystałem. Arek pobiegł, nie czekał, bo było mu zimno. Nie pamiętam gdzie się znów spotkaliśmy ale na 100% na wyżerce w Przegibku byliśmy już razem. No i tu uczta, jagodzianki i jagody w śmietanie cudowne, gorąca herbata i owoce – mega gościna. Całe szczęście, że w tym miejscu z wielkiego deszczu pozostała jedynie mżawka i mogliśmy chwilę się po stołować. Na Wielką Rycerzową wdrapaliśmy się także razem. Wcześniej Arek mówił coś o wyborze, że niby zaraz mamy coś wybierać? – ale szybko zdementowałem tą plotkę. Nie było opcji. Biegliśmy długą trasę. Na szczycie Rycerzowej był rozjazd. W lewo do mety oraz prosto, w kolejne czterdzieści parę kilometrów. Pobiegliśmy prosto. Zaraz za zbiegiem z Rycerzowej przywitała nas błotnista ścianka. Tutaj doceniłem posiadanie kijków. Generalnie dzięki kijkom wdrapałem się tam dość sprawnie, zostawiając kilku zawodników w tyle. Teraz czekał nas nieco niżej położony odcinek trasy ale z wielkimi zalanymi wyrobiskami po ścince drzew. Ciekawie się tu biegło, co chwila musieliśmy szukać „objazdu” bo droga wyglądała jak jezioro. Po pewnym takim objeździe zgubiliśmy trasę. Całe szczęście, że w miarę szybko spojrzałem na track w zegarku i po przebiegnięciu 300metrów wskroś lasu, wraz z dwójką innych biegaczy dotarliśmy do właściwej ścieżki. Mniej więcej w tym momencie zaczęły mi dokuczać obtarcia na udach. Niestety bielizna Salomona nie specjalnie sprawdza się w mokrym terenie, szczególnie po 8iu godzinach używania. Przed nami był jeszcze jeden ciekawy punkt trasy – rezerwat Oszast (tzw: Oszust). Jest to ścisły rezerwat częściowy na którym podobno występują 122 gatunki roślin. Niestety nie mieliśmy czasu aby je wszystkie zobaczyć. Musieliśmy się wdrapać na kolejną niezłą ściankę zwaną Oszust, która dała mi się we znaki. Gliniasto-kamieniste podejście Arek pokonał ekspresem, ja musiałem się trochę napocić. Potem już zbieg do przełęczy Glinka gdzie był drugi bufet. Na 12tu kilometrach pomiędzy Oszustem a bufetem Arek odjechał mi około 3 minuty. Spotkaliśmy się „przy kotlecie”. Znów super jedzenie. Świeże bułki z masłem serem i szynką, ogórek małosolny i owoce – jadłem jak opętany:). Po jedzeniu czekał nas ostatni fragment trasy – wspinaczka na Halę Lipowską przez Grubą Buczynę (Hruba Bucyna) oraz Trzy Kopce. Ten fragment trasy najbardziej mi się dłużył. Lecieliśmy go razem, omijając przełomy i gigantyczne kałuże. Nie mogłem się doczekać gdzie będzie wreszcie najwyższy szczyt trasy czyli Hala Lipowska. Nie wiem czemu chciałem bardziej podbiegać niż zbiegać – zamiast w dół do schroniska na Hali Lipowskiej ciągnęło mnie wyżej na Hale Rysianka. Całe szczęście, że Arek zawrócił mnie z realizacji mojego szalonego, nieświadomego planu. Przy schronisku miałem chyba największy kryzys tego dnia (70km) . Było mi zimno, mokro i już bardzo drażniły mnie obtarcia. Poprosiłem Arka, żeby mi złożył kijki bo nie dawałem rady tego zrobić tego samodzielnie. Zjadłem napiłem się i zacząłem zbiegać. Początkowo powoli, potem szybciej. Na ostatnich 5ciu kilometrach zbiegu do mety -puściło. Znowu zacząłem dobrze zbiegać, dogoniłem Arka, który w tym momencie szybciej zbiegał ode mnie. Polną drogą zbiegliśmy do Ujsoł. Tam oczywiście kultowy mostek i meta. Fajnie – trasa zaliczona.

Czas może nie rewelacyjny ale z uwagi na warunki pewnie nie najgorszy. Całość zajęło nam 13h i 13min. Zajęliśmy 63 i 64 miejsce na 145 osób, którzy ukończyli trasę długą. Kolejne zawody za nami a za chwilę kolejne przed nami:)

 

 

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *