Tatra Fest Bieg 2020 czyli lekko na górze, ciężko na dole…

Tatra Fest Bieg 2020 czyli lekko na górze, ciężko na dole…

Sierpniowy zakopiański weekend – nie ma nic wspanialszego ja pobyt w „normalnym” Zakopanem. Normalnym –  głównie z powodu pandemii COVID19, która spowodowała, że ruch turystyczny w mieście jest mniejszy (jak po sezonie). Tak, w tym roku w połowie sierpnia było jak we wrześniu. Weekend więc zapowiadał się świetnie, nie tylko z powodu Tatra Fest Bieg, ale także z faktu iż na górskich szlakach nie zostaniemy zdeptani. Trzy dni, które spędziliśmy z Sylwią w Tatrach były intensywne. Pierwszego dnia – Diablak (Babia Góra) jako rozgrzewka przed TFB, a trzeciego dnia Świstowski (Słowacja) jako tzw masaż po biegu:). Pomiędzy wędrówkami oczywiście zawody Tatra Fest Bieg, które zostały nazwane najcięższym ultra w Polsce. Początkowo trasa miała mieć prawie 60km i ok 5k przewyższeń, ale dzień przed starem organizatorzy (i dobrze) skrócili trasę do 50km i około 3,7km przewyższeń. Nawet się tym nie zmartwiłem, gdyż ostatnia część trasy czyli od Starorobociańskiego do Grzesia by mnie pewnie bardzo zmordowała. Moja znajomość trasy opierała się na założeniu, że jak już zbiegnę w dolinę Chochołowską to już będzie „z górki” (ostatnie 17km). Trasy sobie nie przyswoiłem i to spowodowało moje lekkie zdziwienie – ale o tym później.

Start biegu w Kuźnicach o godz. 5:00 (podzielony na 2 tury z uwagi na COVID) i od razu Doliną Jaworzynki na Halę Gąsiennicową i na Kasprowy Wierch.

Na Kasprowym zameldowałem się po 1h25min czyli godzinę przed limitem – było bardzo dobrze. Na Kasprowym mogłem chwilę podziwiać wschód słońca. To jest coś przepięknego. Popatrzcie na fotki:)

Peleton już się mega rozciągnął. Ciekawe, w jakim czasie do tego miejsca dotarł Romek Ficek (zwycięzca biegu). Dalej trasa biegła po grani łączącej Kasprowy z Kopą Kondracką (2005mnpm) czyli przez Pośredni Goryczkowy Wierch (1874mnpm), Goryczkową Czubę (1913mnpm), Suche Czuby (1799mnpm). Tą grań pokonywałem już wielokrotnie ale teraz po raz pierwszy biegiem, w ekspresowym tempie. Na Kopie zameldowałam się po 2h i 8min. To był 11km trasy i pierwszy dwutysięcznik.

Potem były już Czerwone Wierchy czyli po kolei: Małołączniak (2096mnpm), Krzesanica (2122mnpm) i ostatni wierch – Ciemniak (2096mnpm). Jak to na Czerwonych – pięknie. Widoki obłędne. Próbowałem wypatrzeć ile osób wspina się na giewont ale chyba z uwagi na dość wczesną porę nie było ich wielu.

Z Ciemniaka czekał nas zbieg do Doliny Kościeliskiej (do schroniska na hali Ornak). To nie byle jaki zbieg bo 7km gdzie różnica wysokości to około 1000m. Początkowo po głazach do Chudej Przełączki a potem trawersem przez Kazalnicę (1767mnpm) do granicy lasu i na sam koniec około 4km leśnego, kamienistego szlaku. Przy schronisku czekała na nas wyżerka. Prawdę mówiąc to gdyby nie żele, które miałem ze sobą to byłoby ciężko. Do schroniska biegłem 3h 40min ale wzniesienia były dość znaczące i bardzo szybko traciłem energie. Na tych 21 km wciągnąłem 2 żele i prawdę mówiąc uratowały mi tyłek.

W schronisku spotkałem Pawła, z którym do tej pory mijaliśmy się kilkukrotnie. Pojedliśmy sowicie i ruszyliśmy na Ornaki (szczyty panujące nad schroniskiem). Tutaj czekała nas ostra wyrypa. Choć organizator skrócił trasę i nie musieliśmy wspinać się na Starorobociański (2176mnpm) to trasą na Ornaki (1854mnpm i 1867mnpm) trzeba było dymać. Szlak wiedzie dość wąską ścieżką, która bardzo mocno wspina się w górę. Pokonując go będziecie mieli wrażenie spaceru po niekończących się, nierównych schodach. Na Zadnim Ornaku zameldowałem się po 5h. Grań Oranków jest niezwykle malownicza, widać z niej zarówno Tatry Zachodnie (po samego Grzesia, w Polsce a na Słowacji nawet Rohacze) a także Giewont oraz Ciemniaka na północnym wschodzie i dwie doliny (Chochołowską i Kościeliską). Dobiegając do Siwej Przełęczy spodziewałem się ostrego zbiegu a następnie już „spaceru” do mety. Faktycznie zbieg do doliny Chochołowskiej był mocny, znów kilkaset metrów w dół, ale biegło mi się dość żwawo. Na dole czekała na mnie zupa w zorganizowanym paśniku. Pawła już tam zgubiłem. Tzn. on mnie zgubił – pobiegł znacznie szybciej. Na punkcie w Chochołowskiej zjadłem trochę pomidorówki i ruszyłem na ostatnie 17 km trasy. Miało być miło i przyjemnie, a było okropnie ciężko. Chyba moje nastawienie, które zweryfikowała trasa – całkowicie, źle posterowało głową. Nie byłem zmęczony, nogi biegły ale głowa okropnie zniosła fakt iż nie biegniemy drogą Pod Reglami a drogą Nad Reglami. Ten jeden mały drobiazg – nie „pod” a „nad” spowodował, że trasa miała jeszcze ponad 1000 m przewyższenia (3 górki po około 350m deniwelacji). Ło matko, ale tam było mi ciężko. Pomyśleć, że chwilę temu wdrapanie się na 1000m górę nie było problemem – to teraz 350m odcinało mi łeb. Być może dodatkowy tłok na trasie spowodował moją niemoc. Coś dziwnego się zadziało. Nie byłem mega zmęczony – a biec mi się już nie chciało. Pod górę podchodziłem rękami (na kijkach) a zbiegi pokonywałem leciutkim truchtem. Pierwszy wyryp do doliny Kościeliskiej, drugi, przez Przysłup Mietusi a trzeci na Kalatówkach rozebrały mój plan. Całkowicie nie spodziewałem się takiej walki, nie spodziewałem się wysokości, tłoku – to  była taka mała niespodzianka. Sam ją sobie zrobiłem gdyż nie przestudiowałem dokładnie mapy. Popatrzyłem na wyższe partie gór, całkowicie ignorując niższe, które dały mi w kość.

Ale cóż nie ma miękkiej gry i do mety trzeba dotrzeć. Zbiegając z Kalatówek do Kuźnic została mi jeszcze tylko droga brukowa, która dość mocno „rozluźniła” stopy i wreszcie wyczekiwana meta. Uff, czas około 9h 24min. Nieźle, poniżej 10h, które zakładałem. Medal, piwko z chłopakami i spacerem do apartamentu. W jedną stronę miałem ok 3,5km, więc w obie 7km co dodając do 49km biegu robi już 56km na nogach. Wieczornego wyjścia na kolacje już nie dodaje:). Tatra Fest Bieg to naprawdę dobra impreza. Głównie z powodu trasy i widoków, ale także organizacji. Wszystko było na poziomie, którego nie trzeba się wstydzić. Na koniec dodam tylko, że zwycięzca Romek Ficek dobiegł do mety prawie 4h przede mną. Można? – jak widać można !!! To były moje pierwsze zawody w Tatrach – pozycja może nie rewelacyjna ale lipy nie ma. W pierwszej połówce startujących dobiegłem:)

Na tym koniec relacji, niestety filmu nie ma – moje GOPRO stwierdziło, że się całkowicie rozładuje na starcie:( – ale cóż, pewnie dzięki temu jest więcej fotek:)

Może Ci się również spodoba

1 Odpowiedź

  1. Andrzej pisze:

    Bieg,widoki i relacja na medal ,gratulacje👏👏👏💪🍻

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *